Przejdź do głównej zawartości

Sfera Dysona - ciemno i zimno

 Dziś kosmicznie

Za kilka dni oficjalnie zawita do nas zima. Już jest ciemno i temperatury mocno spadły, w związku z tym naszło mnie przemyślenie, na temat jednej z popularniejszych megastruktur rodem z science fiction - sfery/roju Dysona. A raczej na temat pewnych konsekwencji, jakie wiążą się z jej wybudowaniem, a o czym chyba nikt nie pomyślał, a przynajmniej ja nie znalazłem nic takiego.

Także zapnijcie pasy i włączcie tarcze, bo dziś będzie to, co wszelkie "osobowości internetowe" lubią najbardziej - k o n t r o w e r s y j n i e .

Na początek przypomnijmy czym jest sfera/rój Dysona. Jeśli wiecie, możecie pominąć ten akapit. Otóż sfera Dysona to hipotetyczna megastruktura (czyli ogromna budowla w kosmosie), która miałaby szczelnie otaczać gwiazdę tak, aby ściągać 100% jej energii promieniowania. Coś w rodzaju wielkiej bańki obłożonej od wewnątrz panelami słonecznymi (w ogromnym uproszczeniu). Jako że zamknięcie gwiazdy w sztywnej kuli jest, delikatnie mówiąc, uciążliwe do wykonania (pomijając koszt materiałów, gwiazda również okrąża środek masy swojego układu, który praktycznie nigdy nie jest idealnie w jej centrum, przez co sfera musiałaby się poruszać razem z gwiazdą), to później koncepcję rozwinięto w rój Dysona - rój satelitów, który również ma szczelnie otoczyć gwiazdę, ale że nie jest to jedna, sztywna struktura, to byłby bardziej mobilny. Obie koncepcje nazwane zostały na cześć Freemana Dysona, który rozpropagował pomysł sfery. Swoją drogą później odcinał się od nazywania tej struktury jego nazwiskiem, ale jednak nazwa została. I nie ma on nic wspólnego z firmą od suszarek ;)

No dobra, to jaka komplikacja jest związana według mnie ze sferą/rojem Dysona? Otóż szczelne otoczenie gwiazdy, czy to sztywnym bąblem, czy też rojem satelitów, spowoduje jej kompletne zaciemnienie. Na wszystkich planetach orbitujących dookoła zapadnie wieczna noc, a jeśli nasza struktura będzie pobierać 100% energii, w tym cieplnej - to jeszcze dojdzie niemożliwy wręcz ziąb. Wszystkie światy będą w takim samym stanie, jakby były samotnymi planetami.

I wiem co sobie pewnie teraz pomyśleliście - "a to nie można by zbudować tego roju dalej - tak, żeby planety były wewnątrz niego?"

Po pierwsze - nie bardzo, bo na odległości jaką mamy mniej/więcej do Plutona, Słońce jest po prostu jedną z gwiazd na niebie. Najjaśniejszą, to prawda, ale nie jakoś turbo jasną. Na stronie NASA jest zakładka "Pluto Time", czyli program, który dla danej lokacji oraz dnia podaje, o której godzinie będzie w tym miejscu tak jasno, jak na Plutonie w zenicie. Polecam sprawdzić, bo teraz robi się tak wyjątkowo wcześnie po południu/późno rano. Generalnie "Pluto Time" to mniej/więcej moment, kiedy zapalacie światła w domu. No także na takiej odległości niewiele z tej energii gwiazdy pozostaje do zebrania.

Po drugie - powodzenia w szukaniu materiału. O ile jeszcze na wysokości pierwszej orbity, lub nawet bliżej, dałoby się taki rój Dysona postawić (choć i tak trzeba by w zasadzie rozmontować całego Merkurego), o tyle im dalej, tym więcej materiału potrzeba, i to chyba wartość rośnie do sześcianu, jeśli mnie moja pamięć ze stereometrii nie zawodzi (chociaż może, z matmy ledwo zdawałem).

Także niestety - rój Dysona trzeba robić blisko, a przez to blokować energię dla planet krążących wokół danej gwiazdy. No i teraz cały dylemat moralny - czy można, czy warto itp. Na pewno dylemat jest mniejszy, jeśli układ jest martwy, ale i to nie zawsze jest takie proste, ponieważ temperatury bliskie zeru absolutnemu mogą utrudnić eksploatację przemysłową, czy eksplorację naukową. A jak planety mają atmosfery, to taka może jeszcze się zamrozić i pokryć glob grubą warstwą śniegu. I jak macie na takiej planecie jakieś kopalnie, to nagle trzeba doliczyć koszty przebicia się przez puch z opadłej, zmrożonej atmosfery.

Ale może rozwiązaniem byłoby nie robienie tej kuli tak szczelnej? Przy roju można tym operować. Fakt, ale trzeba brać pod uwagę kolejne rzeczy - opłacalność tego przedsięwzięcia (bo choć zwrot inwestycji w postaci czystej energii jest niesamowity, to jednak wybudowanie nawet częściowego roju Dysona byłoby niemożliwie wręcz drogie), oraz faktor zaciemnienia. Nie musimy blokować 100% światła, żeby rozwalić klimat na planetach. I owszem, pewnie jest jakiś sweet spot matematyczny, że "tyle możemy zaciemnić bez większych konsekwencji", tylko pytanie ile on wynosi i czy jest opłacalny (czy koszt wysłania X satelitów zwróci się w postaci energii tańszej o Y).

Także takie to wynurzenia pisane w ciemny, zimowy dzień. Jeśli macie jakąś historię z rojem Dysona w tle, to może dodajcie ten element? Na pewno ubarwi to Wasz świat i nada mu kolorytu. Aczkolwiek sam chyba spasuję z używania tego elementu w swoim pisarstwie sci-fi - lubię jak moje historie są jakkolwiek realistyczne (nawet w fantaziakach staram się myśleć o globalnych konsekwencjach magii i jej wpływie na społeczeństwo) i temat roju Dysona trochę mnie przeraził złożonością.

A co Wy sądzicie? Co pominąłem, albo gdzie jest błąd? Dajcie znać koniecznie!

Do następnego!

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Dżem - "Sobie Potrzebni" recenzja na ciepło

Miało iść dzisiaj co innego, ale musiałem wrzucić tę recenzję. Pierwszy od 17 lat album Dżemu. Chłopaki kazali na siebie czekać dłużej, niż Tool. Ja w międzyczasie zdążyłem skończyć szkołę i studia, dostać pracę i teraz przymierzam się do drugiej przeprowadzki. W samym Dżemie zmienił się oczywiście wokalista - od 2024 mamy na pokładzie Bastka Riedla, wreszcie "na pełen etat". Album został wydany w zeszły piątek - to jest 27 lutego, jednak na oficjalnym kanale YT zespołu Dżem, był dostępny dobę wcześniej. A więc, odpalamy.... "Mimo wszystko" - wita nas klimatyczne pianino i za moment dołącza Bastek. Przypomina to nieco "Sen o Victorii", zwłaszcza, że Janek Borzucki brzmi dosłownie jak Paweł Berger. W połowie utworu mamy delikatne sola na gitarze (najpierw Adam, potem Jurek), ale całość trzyma się stylu fortepianowej ballady. Bardzo spokojny początek i nietypowe jak na Dżem intro albumu (zazwyczaj wolą walnąć z solidnym rytmem), które jednak robi robotę. ...

Czas i miejsce akcji filmów Studia Ghibli

Dedykuję ten post swojej dziewczynie. Pomysł chodził mi po głowie długo, ale w końcu się zebrałem i zrobiłem. Przedstawię Wam czas i miejsce akcji wszystkich filmów kinowych ze Studia Ghibli (plus honorowo Nausicaa, no bo come on), najpierw w notce wypisującej filmy według premiery, a potem czeka Was chronologiczna oś czasu, oraz kilka map. Miłego czytania i oglądania. "Nausicaa z Doliny Wiatru" - nieokreślona, daleka przyszłość (potencjalnie ok. 2945, "tysiąc lat po Siedmiu Dniach Ognia"); krajobrazy jak z "Diuny", więc najbliższa estetycznie jest Północna Afryka (Bliski Wschód eliminuje obecność fenków). "Laputa: podniebny zamek" - początek XXw; wybrzeże Morza Celtyckiego (Walia/Irlandia/północna Anglia) "Mój sąsiad Totoro" - lata 1950; prowincja względnie niedaleko dużego miasta "Grobowiec świetlików" - 1945; Tokio "Podniebna poczta Kiki" - lata 1950; Szwecja (Sztokholm/Visby) "Powrót do Marzeń...

Netheril i dedeki w Shadowrun

 Co, już zawał? No mam nadzieję. Tak, dziś wpis pod tytułem "Jasper oszalał". No i bardzo dobrze, bo erpeczki od tego są, żeby działać kreatywnie. Dziś opowiem Wam, jak wsadziłem Netheril (i kilka innych motywów dedekowych) do Szóstego Świata z serii Shadowrun. O samej miłości do tego systemu opowiem kiedy indziej, ale tutaj macie zajawkę. Latające enklawy w Szóstym Świecie? No więc tak - jak to zrobić, bez taniego motywu "korporacyjna stacja orbitalna"? No proste. Ja bardzo mocno ogrywam Shadowrun w sposób "mity i legendy okazują się być prawdziwe". I w tychże opowieściach mamy całkiem sporo latających miast - od Laputy (pozdrawiam czytelników znających język hiszpański XD) z Guliwera zaczynając, poprzez jedną z interpretacji Asgardu, na Vimanach z mitologii Hinduskiej kończąc. W związku z tym większość "Netherilu" jest w Indiach, no ale w Faerunie również Netheril był mniej lub bardziej w jednym miejscu. Czy one istnieją fizycznie? I tak i nie....