Przejdź do głównej zawartości

Dżem, 16 listopada 2025 - relacja/przemyślenia

Zapowiadana relacja z koncertu Dżemu

Na początek - to był mój jedenasty raz. I od razu Wam powiem - według mnie najlepszy. Ale po kolei.

Już na papierze wyglądało to dobrze, bo poprzedniego dnia grali w sąsiedniej miejscowości, więc wiedziałem, że nie będą zmęczeni trasą. A świetne granie zapowiadał już sam początek koncertu - po raz pierwszy, przynajmniej w ciągu ostatnich 15 lat, pojawiło się INTRO! I to nie "intro tape", a chłopaki sami sobie grali - bas i perkusja grały crescendo, Janek na klawiszach odpalił takie syntezatorowe brzmienie, i Jurek oczywiście ciągnął solo (z cytatem z "Janosika" XD). A potem przeszli w "Partyzanta", od którego koncert się rozpoczął. 

Ale zanim jeszcze opowiem o graniu, to wspomnę o dwóch innych istotnych rzeczach. Po pierwsze - Bena zastępował Janusz Frychel. Wieloletni współpracownik Dżemu i wręcz stałe zastępstwo na basie. Nie znalazłem niestety informacji, co się z Benem dzieje, że nie grał, ale życzę szybkiego powrotu do zdrowia. Po drugie - Dżem dorobił się wizualizacji. Nad sceną był ekran, gdzie wyświetlali takie filmiki ilustrujące daną piosenkę. Bardzo ciekawie się to oglądało, bo również nie widziałem tego wcześniej.

No dobra, to przejdźmy do muzyki. Jak wspomniałem zaczęli od "Partyzanta". Był to jeden z dwóch utworów w set liście, z repertuaru nagranego z Maćkiem Balcarem (drugim było "Do kołyski"), ale Bastek poradził sobie znakomicie. Oczywiście po swojemu i bardzo dobrze. Nie ma co udawać. Było oczywiście parę przebłysków typu "o, tak by brzmiał ten kawałek, gdyby był zrobiony z Ryśkiem", bo Bastek ma czasami takie maniery, w końcu Riedel. Ale muszę przy tej okazji powiedzieć - jego styl śpiewania, to nie jest "Rysiek zmartwychwstały". Bastek śpiewa w 100% po swojemu i wszelkie podobieństwa nie przekraczają poziomu, jakiego można się spodziewać, po synu czy nawet uczniu jakiegoś innego muzyka, z charakterystycznym stylem.

Dobra, skoro to mamy powiedziane, przejdźmy dalej. Dobrego humoru chłopaków, nie popsuły nawet jakieś kłopoty Jurka z gitarą - w połowie drugiej piosenki czym prędzej zmieniał swojego Ibaneza na Gibsona. Ale i tak nie przeszkadzało mu to podrygiwać w trakcie żywszych utworów (czego też nie widziałem wcześniej). Solówki Dżemu to już legenda - połowa improwizowana i bardzo rozbudowana, ale najbardziej szczena mi opadła na koniec "Dzień w którym pękło niebo" - Jurek zagrał solówkę, odpalając kilka efektów na raz - na bank operował wah i miał włączony delay, ale wydaje mi się, że grał też jakiś chorus lub phaser. No brzmiał jak Tom Morello.

Druga akcja była na koniec "Whisky", gdzie ludzie, korzystając z faktu, że scena nie była oddzielona od widowni, a przy tym była niska, zaczęli podchodzić do niego i robić sobie selfiaki. Jurek na to jeszcze z uśmiechem wszedł między ten tłum, i pozował, cały czas przy tym grając tęgie solo - i nawet o milimetr palec mu się nie omsknął. No jak to Bastek go nazwał przy przedstawianiu zespołu "nasze złote ręce".

Ale żeby nie było, że pieję peany tylko na cześć Jurka Styczyńskiego - jak Janek Borzucki pociągnął solo w "Naiwnych pytaniach", to odpalił na full tryb jazz-rock. Przeplatał na zmianę styl i zagrywki z Hancocka i Manzarka aż miło. Choć jestem niezły w jazz, to jednak odpadłem - w paru miejscach się pogubiłem i nie wiedziałem co się dzieje. Oczywiście w tym dobrym znaczeniu.

No i na koniec Zbyszek Szczerbiński - nie mogłem nie wspomnieć o perkusiście. Takiego kombinowania to nie słyszałem jak żyję. Nie wiem, czego słucha na trasie, ale musi być niezłe. Rock progresywny może się schować przy tym, co Zbigi robił z bębnami. Zmiany akcentów czy przejścia na kropkach i innych "dziwnych" podziałach to była norma. W zasadzie czasami jedyne co się zgadzało z jakimiś tam ogólnie przyjętymi zasadami konstruowania rytmu to było to, że była nuta w danym punkcie. Ale na przykład nie werbel na "3", tylko hi-hat, a werbel lądował na "4". A był to rytm, gdzie jednak większość zagrałaby werbel na "3". To co powtarzam - ludzie, bawcie się muzyką!

Już poza konkretnymi zagrywkami, muszę pochwalić Janusza Frychela, oraz grę Bastka na gitarze.

Po pierwsze - rozumiem oczywiście, że Janusz jest już etatowym wręcz zastępcą Bena, ale mimo wszystko - nadążyć za Dżemem na koncercie to sztuka. No i miał zupełnie inny styl gry. Beno jednak gra, cóż ameryki nie odkryję, bluesowo. Może z drobną rockową przyprawą w cięższych kawałkach. Janusz brzmiał zdecydowanie rockowo, wręcz hard-rockowo. Brzmienie miał mocniejsze, mięsiste i nieco bardziej współczesne. Bo choć chylę czoła przed Rickenbackerem i Ampegiem (na czym gra Beno), to jednak MusicMan to MusicMan. Oczywiście jeszcze technika i widziałem, że Janusz układa palce inaczej od Bena, ale jako że nie jestem basistą, to nie będę się tu wymądrzał.

No i gitara Bastka - wiedziałem oczywiście, że gra i że bierze gitarę również w Dżemie "na trzeciego", ale zagrać w "Czerwony jak cegła" pojedynek solówkowy z Jurkiem Styczyńskim I DOTRZYMYWAĆ MU KROKU, no to już jest na prawdę coś. Szacunek na wieki.

Muszę również skomentować set i wykonanie niektórych kawałków. Po pierwsze - odkopali masę starych piosenek i było dużo z "Zemsty Nietoperzy". Po drugie - jak zwykle "Lunatycy" po raz kolejny inaczej. Dowiedziałem się, że była to "wersja skifflowa", ale dla mnie brzmiało to po prostu jak takie old-schoolowe funky. Troszkę się zawiodłem, że "Koszmarną noc" zagrali w stylu balladkowym, bo ja osobiście poleciałbym w drugą stronę - dociążyć i pójść w totalny Black Sabbath, ale też wyszło świetnie.

Ogólnie stwierdzam, że Dżem ewidentnie jest w życiowej formie (przynajmniej względem ostatnich 15 lat). Owszem - wrócili do starych piosenek, nie mają aż tylu rzeczy szybkich w secie, ale kombinują ile wlezie, a to jest dla mnie najważniejsze w muzyce na żywo.

Na koniec - rozczuliło mnie, jak Bastek podczas przedstawiania zespołu, na koniec powiedział o sobie "dla was - zawsze Bastek". No bo to prawda, on będzie miał 80 lat i brodę jak Beno, a i tak będzie "młody Riedel". Jeden jedyny minus - musi jeszcze nauczyć się prowadzić koncerty pomiędzy piosenkami - bo niestety, była czasami cisza. Ale to wyrobienie się przyjdzie z czasem, bez problemu :)

Polecam, jak nie mieliście być jeszcze okazji zobaczyć Dżem na żywo - lećcie, to może być najlepszy moment.

Do następnego!

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Dżem - "Sobie Potrzebni" recenzja na ciepło

Miało iść dzisiaj co innego, ale musiałem wrzucić tę recenzję. Pierwszy od 17 lat album Dżemu. Chłopaki kazali na siebie czekać dłużej, niż Tool. Ja w międzyczasie zdążyłem skończyć szkołę i studia, dostać pracę i teraz przymierzam się do drugiej przeprowadzki. W samym Dżemie zmienił się oczywiście wokalista - od 2024 mamy na pokładzie Bastka Riedla, wreszcie "na pełen etat". Album został wydany w zeszły piątek - to jest 27 lutego, jednak na oficjalnym kanale YT zespołu Dżem, był dostępny dobę wcześniej. A więc, odpalamy.... "Mimo wszystko" - wita nas klimatyczne pianino i za moment dołącza Bastek. Przypomina to nieco "Sen o Victorii", zwłaszcza, że Janek Borzucki brzmi dosłownie jak Paweł Berger. W połowie utworu mamy delikatne sola na gitarze (najpierw Adam, potem Jurek), ale całość trzyma się stylu fortepianowej ballady. Bardzo spokojny początek i nietypowe jak na Dżem intro albumu (zazwyczaj wolą walnąć z solidnym rytmem), które jednak robi robotę. ...

Czas i miejsce akcji filmów Studia Ghibli

Dedykuję ten post swojej dziewczynie. Pomysł chodził mi po głowie długo, ale w końcu się zebrałem i zrobiłem. Przedstawię Wam czas i miejsce akcji wszystkich filmów kinowych ze Studia Ghibli (plus honorowo Nausicaa, no bo come on), najpierw w notce wypisującej filmy według premiery, a potem czeka Was chronologiczna oś czasu, oraz kilka map. Miłego czytania i oglądania. "Nausicaa z Doliny Wiatru" - nieokreślona, daleka przyszłość (potencjalnie ok. 2945, "tysiąc lat po Siedmiu Dniach Ognia"); krajobrazy jak z "Diuny", więc najbliższa estetycznie jest Północna Afryka (Bliski Wschód eliminuje obecność fenków). "Laputa: podniebny zamek" - początek XXw; wybrzeże Morza Celtyckiego (Walia/Irlandia/północna Anglia) "Mój sąsiad Totoro" - lata 1950; prowincja względnie niedaleko dużego miasta "Grobowiec świetlików" - 1945; Tokio "Podniebna poczta Kiki" - lata 1950; Szwecja (Sztokholm/Visby) "Powrót do Marzeń...

Netheril i dedeki w Shadowrun

 Co, już zawał? No mam nadzieję. Tak, dziś wpis pod tytułem "Jasper oszalał". No i bardzo dobrze, bo erpeczki od tego są, żeby działać kreatywnie. Dziś opowiem Wam, jak wsadziłem Netheril (i kilka innych motywów dedekowych) do Szóstego Świata z serii Shadowrun. O samej miłości do tego systemu opowiem kiedy indziej, ale tutaj macie zajawkę. Latające enklawy w Szóstym Świecie? No więc tak - jak to zrobić, bez taniego motywu "korporacyjna stacja orbitalna"? No proste. Ja bardzo mocno ogrywam Shadowrun w sposób "mity i legendy okazują się być prawdziwe". I w tychże opowieściach mamy całkiem sporo latających miast - od Laputy (pozdrawiam czytelników znających język hiszpański XD) z Guliwera zaczynając, poprzez jedną z interpretacji Asgardu, na Vimanach z mitologii Hinduskiej kończąc. W związku z tym większość "Netherilu" jest w Indiach, no ale w Faerunie również Netheril był mniej lub bardziej w jednym miejscu. Czy one istnieją fizycznie? I tak i nie....