Przejdź do głównej zawartości

Bretońskie inspiracje #2 - Cecile Corbel

 Było o "tej pierwszej", to teraz ta, która na dobre mnie wciągnęła.

Cecile Corbel poznałem, gdy wraz z narzeczoną postanowiliśmy obejrzeć wszystkie (no prawie) filmy od Studia Ghibli, i w końcu trafiliśmy na "Tajemniczy świat Arrietty", gdzie Cecile robiła muzykę. I zakochałem się od pierwszej nuty. Przywykłem już do eterycznego pianina i delikatnych smyczków Hisaishiego, a nagle z głośników odzywa się celtycka harfa i słyszę śpiew po angielsku... Od razu poczułem się bardziej swojsko. Cały film z resztą ma mocno europejsko-celtycką estetykę. 

Oczywiście momentalnie dorwałem obie płyty - ścieżkę dźwiękową i "muzykę z filmu". Pierwszy album, zatytułowany "Arrietty soundtrack" zawiera wprost ścieżkę dźwiękową z filmu, więc jest głównie instrumentalny. Drugi, "Kari-gurashi" (japoński tytuł "Arrietty", dosłownie tłumaczy się na "Pożyczalscy") to swego rodzaju koncept-album oparty na filmie. Zawiera "normalne" piosenki, ze słowami. I szczerze, film nie istnieje dla mnie bez muzyki. Odwrotnie - już tak. Czasem jak potrzebuje szybkiej (względnie) poprawy nastroju a nie mam czasu lub ochoty oglądać prawie półtora godzinny film, to puszczam sobie ten album. I przeżywam całą historię na nowo.

Jednak potem zacząłem grzebać dalej i zakochiwać się coraz głębiej. Muzyka Cecile ma przyjemne, delikatne, neo-folkowe brzmienie, ale nie jest to typowy neo-folk z perkusją i gitarą basową. Nie. Głównie znajdziecie tam bębny w stylu dawnym i różne "przeszkadzajki", oraz kontrabas. Jednak nie jest to muzyka średniowieczna, jak zespoły tzw. muzyki dawnej, ani klasyczne utwory muzyki ludowej. Mimo wszystko Cecile brzmi współcześnie.

Na uwagę na pewno zasługuje jej pierwszy album - "Songbook 1", który ma chyba najbardziej rockowy sznyt ze wszystkich. Tam faktycznie znajdziemy perkusję, gitarę basową, a nawet gitarę elektryczną, i to na przesterze! Oczywiście nie jest to album folk-rockowy w żadnym sensie, niemniej znów był to krok bliżej do mojego świata.

Jednak nie zakochałem się w Cecile dlatego, że uskuteczniła na pierwszej płycie parę akcentów na wiośle, nie. Ten album przesłuchałem względnie niedawno. Co mnie kupiło, to jej nieco późniejsze dokonania. Po serii czterech albumów pod tytułem "Songbook" (później uzupełnioną o część 5), Cecile zaczęła wydawać płyty o nieco bardziej "przebojowym" brzmieniu i co ważne - normalnych tytułach. Nie znaczy to, że nagle poszła w pop, nie, ale to właśnie na tych płytach jej muzyka ewoluowała z eterycznego folku, w pełen aranż z zespołem. Szczególnie lubię albumy "Vagabonde" i "Enfant du Vent". Swoją drogą pamiętacie, jak pisałem na temat Gojiry? Zobaczcie okładkę drugiego z tych wspomnianych albumów. It's all coming together XD

Ale już bez żartów - na tych płytach są moje ulubione z jej piosenek (z poza albumów związanych z Arrietty oczywiście). "Working Song", "Dwelling on the Moon", "Pierre et Marrion" i, wybaczcie słowo, zajebisty riff w "Mama Always Told Me". Da się pojechać regularny metal na skrzypcach w folkowym wydaniu? Da się :P

Tyle z "Vagabonde", a co na "Enfant du Vent"? Bardzo skoczne "Bal des Chats" i "Maypole", trochę spokojniejsze "Si differents" pomiędzy nimi (co tworzy bardzo fajną suitę), genialny cover "Walking in the Air", wersja Nightwish dla mnie wygrywa tylko i wyłącznie solówką gitarową, ale Cecile jest zaraz za nimi, no i dwa z jej absolutnych klasyków - "Sayonara No Natsu" i... "Tonari No Totoro". Tak jest, piosenka z "Mój sąsiad Totoro" :)

No ale, docieramy do albumu, który moim zdaniem jest artystycznym majstersztykiem Cecile - w 2023 wydała "La Fille du Verseau", który powstał we współpracy z Laurentem Tixierem - Cecile jest aranżerką i wykonawczynią. Tak, to nie jest do końca jej muza, stąd brzmi zupełnie inaczej, ale ten delikatnie mroczny twist mi się spodobał. Z tego na ile rozumiem, przy moim ledwie liźniętym francuskim, jest to koncept-album oparty na bretońskich legendach i "lai", czyli heroicznych poematach, podobnych do francuskich "pieśni o czynach".

Jej ostatnim albumem, równie ciekawym, jest wydany w 2024 "Graal" - kolejny koncept oparty na legendach, tym razem arturiańskich. Każdy utwór opowiada o którejś z postaci, a jej imię stanowi podtytuł. Muzycznie album jest zdecydowanie powrotem do korzeni - delikatny folk, bez przesadnej mocy czy szybkich rytmów.

Gdzie wjeżdża Bretania? No mniej/więcej wtedy, gdy dowiedziałem się, że Cecile pochodzi z Pont-Croix w Finistere. Z tego co wiem, obecnie mieszka w Quimper - zero zdziwienia, to artystyczne centrum Dolnej Bretanii. Jednak nie znajdziecie u niej "Tri Martolod", "La Jument de Michao", "Pardon Spezed" ani innych klasyków bretońskiego folku. Chyba jedynym takim jej odlotem był udział w grupowym nagraniu "Bro Gozh Ma Zadou" - hymnu Bretanii. No ale tam zebrano całą śmietankę bretońskich artystów w celu stworzenia swoistej wizytówki.

Podsumowując - Cecile pokazała mi, że można grać na ludowych instrumentach i przy tym nie brzmieć jak wyjęty z przed wieków, czy festynu ludowego. Nie trzeba nawet współczesnej sekcji rytmicznej, wystarczy po prostu grać po współczesnemu i tak jak czujesz.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Dżem - "Sobie Potrzebni" recenzja na ciepło

Miało iść dzisiaj co innego, ale musiałem wrzucić tę recenzję. Pierwszy od 17 lat album Dżemu. Chłopaki kazali na siebie czekać dłużej, niż Tool. Ja w międzyczasie zdążyłem skończyć szkołę i studia, dostać pracę i teraz przymierzam się do drugiej przeprowadzki. W samym Dżemie zmienił się oczywiście wokalista - od 2024 mamy na pokładzie Bastka Riedla, wreszcie "na pełen etat". Album został wydany w zeszły piątek - to jest 27 lutego, jednak na oficjalnym kanale YT zespołu Dżem, był dostępny dobę wcześniej. A więc, odpalamy.... "Mimo wszystko" - wita nas klimatyczne pianino i za moment dołącza Bastek. Przypomina to nieco "Sen o Victorii", zwłaszcza, że Janek Borzucki brzmi dosłownie jak Paweł Berger. W połowie utworu mamy delikatne sola na gitarze (najpierw Adam, potem Jurek), ale całość trzyma się stylu fortepianowej ballady. Bardzo spokojny początek i nietypowe jak na Dżem intro albumu (zazwyczaj wolą walnąć z solidnym rytmem), które jednak robi robotę. ...

Czas i miejsce akcji filmów Studia Ghibli

Dedykuję ten post swojej dziewczynie. Pomysł chodził mi po głowie długo, ale w końcu się zebrałem i zrobiłem. Przedstawię Wam czas i miejsce akcji wszystkich filmów kinowych ze Studia Ghibli (plus honorowo Nausicaa, no bo come on), najpierw w notce wypisującej filmy według premiery, a potem czeka Was chronologiczna oś czasu, oraz kilka map. Miłego czytania i oglądania. "Nausicaa z Doliny Wiatru" - nieokreślona, daleka przyszłość (potencjalnie ok. 2945, "tysiąc lat po Siedmiu Dniach Ognia"); krajobrazy jak z "Diuny", więc najbliższa estetycznie jest Północna Afryka (Bliski Wschód eliminuje obecność fenków). "Laputa: podniebny zamek" - początek XXw; wybrzeże Morza Celtyckiego (Walia/Irlandia/północna Anglia) "Mój sąsiad Totoro" - lata 1950; prowincja względnie niedaleko dużego miasta "Grobowiec świetlików" - 1945; Tokio "Podniebna poczta Kiki" - lata 1950; Szwecja (Sztokholm/Visby) "Powrót do Marzeń...

Netheril i dedeki w Shadowrun

 Co, już zawał? No mam nadzieję. Tak, dziś wpis pod tytułem "Jasper oszalał". No i bardzo dobrze, bo erpeczki od tego są, żeby działać kreatywnie. Dziś opowiem Wam, jak wsadziłem Netheril (i kilka innych motywów dedekowych) do Szóstego Świata z serii Shadowrun. O samej miłości do tego systemu opowiem kiedy indziej, ale tutaj macie zajawkę. Latające enklawy w Szóstym Świecie? No więc tak - jak to zrobić, bez taniego motywu "korporacyjna stacja orbitalna"? No proste. Ja bardzo mocno ogrywam Shadowrun w sposób "mity i legendy okazują się być prawdziwe". I w tychże opowieściach mamy całkiem sporo latających miast - od Laputy (pozdrawiam czytelników znających język hiszpański XD) z Guliwera zaczynając, poprzez jedną z interpretacji Asgardu, na Vimanach z mitologii Hinduskiej kończąc. W związku z tym większość "Netherilu" jest w Indiach, no ale w Faerunie również Netheril był mniej lub bardziej w jednym miejscu. Czy one istnieją fizycznie? I tak i nie....