Przejdź do głównej zawartości

Bretońskie inspiracje #1 - Nolwenn Leroy

 Zaczynamy od tej, która była moim "gateway drug".

Ale żeby być fair, to najpierw historia powstania świata, bo żeby zrozumieć dlaczego paryska piosenkarka stała się moim wprowadzeniem w klimaty bretońskie, no to musimy się cofnąć aż do 2013. I będzie to podróż przez w zasadzie całą Europę.

Zaczęło się w Marcu, wspomnianego roku 2013. W Warszawie był wtedy koncert, znanego pewnie niektórym, zespołu Sabaton. Nie oceniajcie, byłem gówniarzem w gimbazie. Sabaton wypadł średnio, za to inaczej sprawa miała się z supportem - a był nim, też zapewne części z Was znany, Eluveitie. Znawcy tematu pewnie wiedzą już do czego zmierzam.

Tak jest, "Inis Mona". Usłyszałem to wtedy po raz pierwszy i w sumie jest to jedyny kawałek jaki zapamiętałem (Eluveitie zupełnie nie znałem wcześniej). Często żartuję, że na tamtym koncercie przestałem być fanem Sabatonu, a zostałem fanem Eluveitie. W każdym razie Chrigel zapowiedział "Inis Mona" jako "starą, celtycką piosenkę do tańca". No a że już wtedy interesowałem się historią i różnymi kulturami (lada moment miałem założyć na szyję młot Thora i udawać wikinga), to zacząłem grzebać. I tak dogrzebałem się do "Tri Martolod". Początkowo w wersji Tri Yann (nie zachwyciła mnie, z resztą do dziś ten zespół pomijam, choć szanuję), później Shannon, aż wreszcie algorytm YT podrzucił mi wersję Nolwenn Leroy.

Nie ukrywam, zaciekawiła mnie już miniaturka - laska w żółtej sukni rodem z XVIII wieku, strzelająca oczami z kilometra i śpiewa ludową piosenkę? No to trzeba obadać. I w tamtym momencie w moim mózgu nastąpiło coś, co mógłbym najlepiej określić jako Blue Screen. To już było kilka lat po odkryciu Eluveitie i mój muzyczny umysł otworzył się na dźwięki inne niż szeroko pojęte granie gitarowe, względnie jazzowe, więc elementy popu mnie aż tak nie zdziwiły, a raczej fuzja nowoczesnej sekcji rytmicznej (automat perkusyjny + syntezator basowy) i ludowych instrumentów. Pomyślałem "tak się robi folk na współcześnie". No i sam fakt, że folk-popowa piosenka mi się spodobała. No dobra, jest to pewien wyjątek, ale w tamtym momencie alergicznie reagowałem na wszystko, co ma w nazwie "pop", nawet jeśli to była tylko domieszka. Jako kolejny filmik, YT podrzucił mi jej "La Jument de Michao" - to samo "wow". Ani się obejrzałem i znalazłem całą płytę "Bretonne" i historię jej powstania.

Nolwenn, choć jest piosenkarką bardziej z Paryża niż Bretanii, na tej płycie postanowiła odkryć na nowo swoje korzenie. Tematu nie pociągnęła poza kolejnym albumem - "Ô filles de l'eau" i trochę szkoda, ale co swoje zrobiła, to jej. Współczesne aranże (jednak na tradycyjnych instrumentach i tylko z sekcją rytmiczną w wydaniu elektronicznym) bretońskich piosenek ludowych walnie przyczyniły się do tego, że w ogóle dowiedziałem się o istnieniu tego regionu, że to jest inna kultura, inny język i ogólnie zacząłem czytać o co chodzi. Zapoznawałem się też z kolejnymi artystami i utworami. Dlatego, mimo że sama Nolwenn nie jest zbyt obecna w Bretanii, ja ją często dodaję w kontekście bretońskich muzyków, głównie właśnie mając na myśli album "Bretonne". Dzięki mieszaniu nowoczesnego brzmienia z ludowymi instrumentami, te piosenki są przystępne dla współczesnego słuchacza. Bo jednak nieśmiertelny Alan Stivell może brzmieć trochę "dziaderesko" dla kogoś nie interesującego się muzyką.

 "Bretonne" mam absolutnie na pamięć, nie zliczę ile razy przesłuchałem od początku do końca. Zdecydowanie to było moje wejście w bretońskie klimaty, które z czasem się tylko powiększało (a ostatnio to już w ogóle przepadłem). Również dzięki tej płycie poznałem po prostu Nolwenn Leroy jako piosenkarkę, ku własnemu zdziwieniu spodobały mi się też jej bardziej popowe utwory. No i dołożyła kolejną cegiełkę do mojego "muszę się nauczyć francuskiego" i zdecydowanie jej delikatny wokal to jeden z powodów, dlaczego lubię brzmienie tego języka.

Tak więc Nolwenn była moim wejściem tak w Bretanię jak i Francję. I dlatego jej poświęcam pierwszy wpis z serii "Bretońskie inspiracje". Jako swego rodzaju kontekst. Postaram się ograniczyć do jednego w miesiącu, zwłaszcza, że sam temat odkrywam cały czas.

Miłego słuchania!

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Dżem - "Sobie Potrzebni" recenzja na ciepło

Miało iść dzisiaj co innego, ale musiałem wrzucić tę recenzję. Pierwszy od 17 lat album Dżemu. Chłopaki kazali na siebie czekać dłużej, niż Tool. Ja w międzyczasie zdążyłem skończyć szkołę i studia, dostać pracę i teraz przymierzam się do drugiej przeprowadzki. W samym Dżemie zmienił się oczywiście wokalista - od 2024 mamy na pokładzie Bastka Riedla, wreszcie "na pełen etat". Album został wydany w zeszły piątek - to jest 27 lutego, jednak na oficjalnym kanale YT zespołu Dżem, był dostępny dobę wcześniej. A więc, odpalamy.... "Mimo wszystko" - wita nas klimatyczne pianino i za moment dołącza Bastek. Przypomina to nieco "Sen o Victorii", zwłaszcza, że Janek Borzucki brzmi dosłownie jak Paweł Berger. W połowie utworu mamy delikatne sola na gitarze (najpierw Adam, potem Jurek), ale całość trzyma się stylu fortepianowej ballady. Bardzo spokojny początek i nietypowe jak na Dżem intro albumu (zazwyczaj wolą walnąć z solidnym rytmem), które jednak robi robotę. ...

Czas i miejsce akcji filmów Studia Ghibli

Dedykuję ten post swojej dziewczynie. Pomysł chodził mi po głowie długo, ale w końcu się zebrałem i zrobiłem. Przedstawię Wam czas i miejsce akcji wszystkich filmów kinowych ze Studia Ghibli (plus honorowo Nausicaa, no bo come on), najpierw w notce wypisującej filmy według premiery, a potem czeka Was chronologiczna oś czasu, oraz kilka map. Miłego czytania i oglądania. "Nausicaa z Doliny Wiatru" - nieokreślona, daleka przyszłość (potencjalnie ok. 2945, "tysiąc lat po Siedmiu Dniach Ognia"); krajobrazy jak z "Diuny", więc najbliższa estetycznie jest Północna Afryka (Bliski Wschód eliminuje obecność fenków). "Laputa: podniebny zamek" - początek XXw; wybrzeże Morza Celtyckiego (Walia/Irlandia/północna Anglia) "Mój sąsiad Totoro" - lata 1950; prowincja względnie niedaleko dużego miasta "Grobowiec świetlików" - 1945; Tokio "Podniebna poczta Kiki" - lata 1950; Szwecja (Sztokholm/Visby) "Powrót do Marzeń...

Netheril i dedeki w Shadowrun

 Co, już zawał? No mam nadzieję. Tak, dziś wpis pod tytułem "Jasper oszalał". No i bardzo dobrze, bo erpeczki od tego są, żeby działać kreatywnie. Dziś opowiem Wam, jak wsadziłem Netheril (i kilka innych motywów dedekowych) do Szóstego Świata z serii Shadowrun. O samej miłości do tego systemu opowiem kiedy indziej, ale tutaj macie zajawkę. Latające enklawy w Szóstym Świecie? No więc tak - jak to zrobić, bez taniego motywu "korporacyjna stacja orbitalna"? No proste. Ja bardzo mocno ogrywam Shadowrun w sposób "mity i legendy okazują się być prawdziwe". I w tychże opowieściach mamy całkiem sporo latających miast - od Laputy (pozdrawiam czytelników znających język hiszpański XD) z Guliwera zaczynając, poprzez jedną z interpretacji Asgardu, na Vimanach z mitologii Hinduskiej kończąc. W związku z tym większość "Netherilu" jest w Indiach, no ale w Faerunie również Netheril był mniej lub bardziej w jednym miejscu. Czy one istnieją fizycznie? I tak i nie....