Przejdź do głównej zawartości

Bretoński folklor

 Tak jak obiecałem, trochę o tradycjach z Bretanii.

Nie będę opisywał wszystkiego ze szczegółami, raczej bym chciał, żeby ten post był swego rodzaju wstępem i zajawką dla Was, do poszerzenia wiedzy w tematach, które Was zainspirują. Bynajmniej nie dlatego, że mi się nie chce, ale dlatego, że po prostu temat jest wyjątkowo obszerny, a i materiałów dostępnych wiele. Gdybym miał się rozpisywać, ten post były książką, a i tak wyszedł długi. Poza tym - nie na wszystkim się znam i nie chcę się wymądrzać.

Po tym wstępie, zapraszam na podróż poprzez kilka najciekawszych, według mnie, tradycji i zwyczajów z Bretanii.

1. Stroje

Taaak, nie mogłem zacząć od czegokolwiek innego. Charakterystyczne stroje ludowe - czarno-białe z grubej wełny. Ciężko jest jednak opisać je szczegółowo, ponieważ każdy region ma swój charakterystyczny ciuch. Serio - co gmina to inaczej się wygląda. Niemniej jest kilka stałych elementów.

Panowie noszą białe koszule z wyłożonym kołnierzem, trochę podobnym do typu "Peter Pan", czarne kubraki (zazwyczaj dwurzędowe) i takiego samego koloru spodnie. To tak bardzo ogólnie, ponieważ wariantów i odstępstw jest chyba więcej, niż reguł.

Kubraki są zarówno z rękawami, jak i bez (Wybaczcie mi znawcy mody, ale wariant z rękawami to ani kurtka, ani marynarka, nie wiem jak to inaczej nazwać), spodnie są czasami proste, a czasami bufiaste. Nie zawsze nawet są czarne - na przykład w regionie Quimper panowie noszą białe spodnie. Z resztą wariacji kolorystycznych jest wiele, a Bretończycy bogato zdobią swoje ciuchy - często można spotkać elementy w kolorze ciemno-niebieskim lub pomarańczowym, a nawet złocone hafty!

Ciekawostką jest, że w wielu rejonach (choć nie wszędzie) panowie noszą coś, co przypomina krojem pas hiszpański, ale wyhaftowany i ozdobiony jak polskie pasy słuckie. Ale i tu nie ma reguły, bo czasami panowie mają ten pas niemalże na biodrach, czasami na brzuchu, a w regionie Quimper nosi się go pod klatką piersiową.

Elementami łączącymi praktycznie wszystkie regiony jest krój kubraka, charakterystyczny, biały kołnierz koszuli, oraz czarny kapelusz - zazwyczaj z płaską górą (choć znajdują się i okrągłe) z wyraźnym, choć nie bardzo szerokim rondem.

Stroje pań są na szczęście łatwiejsze do opisania - jest do długa suknia z grubej wełny. Tu już praktycznie zawsze czarna (choć równie zawsze można znaleźć wyjątki), ewentualnie z ozdobionym i kolorowym gorsem i/lub rękawami. Ale dwa najbardziej rzucające się w oczy elementy to fartuch i czepiec.

Fartuchy, choć często białe, równie często są najbardziej zdobionym elementem stroju kobiet. To taki odpowiednik pasa u panów. Cała suknia może być czarna, ale fartuch zawsze będzie albo kolorowy, albo bogato haftowany. A w niektórych rejonach jedno i drugie. Zazwyczaj im bardziej ozdobna suknia, tym skromniejszy fartuch i odwrotnie. Można znaleźć białe fartuchy bez haftu, ale suknia wtedy jest czarna chyba tylko pod nim, bo gors będzie przebogato ozdobiony, a rękawy kolorowe.

Czepce bretonek, zawsze z białej koronki (z wyjątkiem pogrzebów) i mocno nakrochmalone, to już praktycznie legenda. Są tak różnorodne, jak same stroje. Niektóre to prosta chustka na głowie, inne (jak np. w rejonie Leon czy Brest) są układane w kokardy. Najbardziej charakterystyczne są bezkonkurencyjnie czepce z Bigouden - wąskie tuby o wysokości 30cm(!)

2. Tańce

Powiem wprost - guzik się znam na tańcu, więc opiszę tylko dwa najbardziej charakterystyczne i jednocześnie chyba najbardziej typowo bretońskie.

An dro - absolutna wizytówka. Tancerze stoją w kole, naprzemiennie kobieta-mężczyzna-kobieta-mężczyzna i trzymają się za małe palce. Większość ruchu skupiona jest na rękach, ale podczas tańca robi się krótki krok w prawo i następnie długi krok w lewo, przez co całe koło stopniowo się obraca. Stąd nazwa - "an dro" to po bretońsku "obrót". Choć tancerze zazwyczaj stoją twarzą do środka koła, to w trakcie tańca następuje czasem obrót na zewnątrz.

Jak każdy taniec, an dro jest też formą muzyczną. Bardzo ciekawą swoją drogą, bo rytm gra się na 2/4, zaś melodię na 4/4 i tworzy się dwutakt. Podział rytmiczny też jest niezły, bo "raz" tworzą dwie ósemki, a "dwa" akcentowana ćwierćnuta. Chyba najbardziej znaną melodią (a przynajmniej ja najczęściej na nią trafiałem w necie) jest "St. Patrick's An Dro". Polecam zwłaszcza w wykonaniu Alana Stivella, z albumu koncertowego "A l'Olympia".

Drugim jest Hanter-dro, zwany też czasem Hanterdañs. Tłumaczy się to jako "pół-obrót" lub "półtaniec". Pierwotnie tańczony w kole, ale obecnie raczej w rzędach. W przeciwieństwie do An dro, tutaj większość ruchu skupia się na nogach, a tancerze trzymają się pod ręce. Przez dość bliski kontakt między jedną osobą, a drugą, taniec dla nas może wyglądać dość komicznie lub wręcz pokracznie. Skąd taki wygląd? Hanter-dro wywodzi się od tańców renesansowych. I wszystko jasne. No i jeszcze jedna zasadnicza różnica - metrum 3/4.

3. Muzyka

No to teraz moja popisówa. Wspominałem już, że tańce same w sobie są formami muzycznymi (oczywiście), ale forma to jedno, a instrumentarium i techniki to drugie.

Sonneur de Couple (dosłownie "granie we dwójkę") to bodaj najbardziej charakterystyczna forma muzykowania w Bretanii. Jak sama nazwa wskazuje, mamy tu dwóch muzyków. Tradycyjnie jeden grał na bombardzie (zwanej też talabard, odmiana oboju), a drugi na biniou kozh (dosłownie "stare dudy", bretońska odmiana tego instrumentu). Grali w tzw. "call and response", czyli talabardier zaczyna grać melodię, następnie pauzuje i w tym czasie dudziarz odpowiada tą samą melodią. Brzmi ciekawie, bo biniou gra oktawę wyżej niż bombarda. Po co ta przerwa? Stroik bombardy jest bardzo sztywny i ciężko jest utrzymać długie zadęcie - talabardier potrzebuje przerwy. Dudziarz gra cały czas, utrzymując akompaniament i tzw. burdon, czyli jedną, stałą nutę graną cały czas w tle.

Z czasem bombarda, i zwłaszcza biniou zaczęły zanikać. Sonneur de Couple można więc spotkać również z innymi instrumentami, np. akordeon guzkowy i klarnet (który Bretończycy nazywają treujenn gaol - dosłownie "łodyga kapusty", co pierwotnie było określeniem obraźliwiym, stosowanym przez talabardierów na "konkurencję"). Współcześnie moda powraca, wraz z celtyckim renesansem, ale nadal zakres używanych instrumentów się poszerza np. lira korbowa i skrzypce, harfa i gitara. Warto jednak zauważyć, że w parach grają zawsze instrumenty z tej samej lub podobnej rodziny. Współcześnie, zwłaszcza na Fest-noz, zamiast bombardy można usłyszeć pistoñ (kolejna odmiana oboju, niejako rozwojowa forma bombardy). Czasem też "na trzeciego" towarzyszy bęben - z reguły bodhran.

Ten wzór "call and response" przewija się właściwie w całej muzyce Bretanii. Wszędzie gdzie słyszycie powtórzenie frazy, werset zaśpiewany dwa razy - to właśnie pozostałość po tych wzorcach.

Jak wspomniałem, w pewnym momencie tradycje Sonneur de Couple zaczęły zanikać. Jedną z inicjatyw mających na celu jej podtrzymanie, było utworzenie zespołów dudziarskich, trochę na modę szkocką. W Bretanii nazywają się bagad i zazwyczaj mają skład następujący - sekcja biniou, sekcja bombard, werble i bębny basowe. Również grają w call and response. Każdy rejon ma swój zespół i regularnie ze sobą rywalizują. Bretońskie mistrzostwa zazwyczaj wygrywa bagad z Quimper lub Cap Cavale, polecam posłuchać, bo brzmią zupełnie inaczej od zespołów szkockich.

Wspominałem też o tym, że "call and response" jest wszędzie w muzyce bretońskiej. I występuje też w muzyce typowo wokalnej, w formule kan ha diskan. Na czym to polega? Mamy dwójkę śpiewaków (lub śpiewaka i chór) - jedna osoba zaczyna wers, druga dołącza się na końcówkę, tworząc harmonię, i następnie druga osoba śpiewa drugi wers. Pierwsza dołącza się na koniec drugiego wersu w harmonii i ponownie przejmuje solo na trzeci wers i tak w kółko. W układzie solista + chór zaczyna solista. Przyjęło się, że ten, kto zaczyna jest "mistrzem" i jednym z oznak biegłości w kan ha diskan jest umiejętność śpiewania w duecie ze swoim "mistrzem". Swoją drogą termin "kan ha diskan" to po bretońsku znaczy właśnie "śpiew call and response".

Nie będę się teraz rozwodził na temat bretońskiego neo-folku, bo ten post i tak jest już długi, a prawdopodobnie sekcja o muzyce mogłaby być osobną notką. Niemniej nie zostawię Was - o moich ulubionych muzykach z Bretanii poopowiadam w oddzielnych wpisach, w serii "Bretońskie inspiracje". Zarzucę tutaj tylko kilka nazwisk:

Alan Stivell - ojciec chrzestny celtyckiego renesansu w Bretanii. To on rozpropagował harfę celtycką w tym rejonie i w ogóle zaczął cały neo-folk tutaj. Polecam szczególnie jego albumy "Harpe Celtique", "Renaissance of the Celtic Harp", oraz wspomnianą koncertówkę "A l'Olympia".

Dan Ar Braz - gitarzysta Stivella, później robił solową karierę. Również wprowadził nowy instrument do bretońskiego folku - właśnie gitarę. Sam poszedł bardziej w stronę folk rocka i lansuje ten kierunek.

Cecile Corbel - kojarzycie film "Arrietty" ze Studia Ghibli? A kojarzycie ten cudowny soundtrack? No to właśnie jej dzieło. Harfistka i wokalistka, ma na koncie wiele płyt i wszystkie wspaniałe. Czasami odchodzi od tradycji bretońskich i idzie w kierunku irlandzkim, a nawet japońskim. Ostatnie albumy są bardzo ciekawe - nieco mroczniejszy i bardziej eksperymentalny "La Fille du Verseau", czy koncepcyjny "Graal" o legendach arturiańskich.

Nolwenn Leroy - ZANIM MNIE WYBUCZYCIE. Oczywiście nie cała dyskografia, raczej mam na myśli albumy "Bretonne" i "Ô filles de l'eau", gdzie świetnie połączyła bretoński folk oraz współczesny pop. Z resztą Nolwenn to w ogóle jedna z nielicznych popowych piosenkarek (jeśli nie jedyna), którą lubię i słucham, także polecam się zainteresować również poza folkiem. Nie mogłem jej pominąć, bo jest obecnie zdecydowanie najbardziej znana i rozpoznawalna z całej ekipy.

4. Kuchnia

Bomba dla wszystkich, którzy lubią naleśniki. Oczywiście mamy wiele odmian - jak choćby amerykańskie "pancakes", brytyjskie "flapjacks" i francuskie "crêpe". Tylko że takiego, bo oczywiście francuzi nie byliby sobą, gdyby czegoś nie zakosili i nie powiedzieli "nasze!" Crêpe pochodzą z Dolnej Bretanii, gdzie zazwyczaj podaje się je z dżemem, śmietaną i obecnie też kremem czekoladowym (taka jakby domowa Nutella). Ale chyba najbardziej znanym daniem jest pochodzące z kolei z Górnej Bretanii galette. Jest to naleśnik z mąki gryczanej i wody (w przeciwieństwie do mąki pszennej i mleka w crêpe) i je się go na wytrwanie. Najpopularniejsze nadzienie to "galette complete" - jajko sadzone, szynka, ser i warzywa. Charakterystyczny jest sposób składania - w swoisty kwadrat i w taki sposób, by widoczne było żółtko jaja.

Jak zwykle próby ratowania kultury bretońskiej przyniosły ewolucję i gdzieś w wieku XIX, najpewniej w okolicach Nantes, powstało galette-saucisse, czyli kiełbasa zawinięta w taki oto gryczany naleśnik. A myśleliście, że pierwsi byli amerykanie, co? ;) Swoją drogą ironia, bo współczesne hot-dogi, wsadzane w rulon z ciasta, a nie rozkrojoną bułkę, przypominają bardziej właśnie galette-saucisse, niż typowe hot-dogi.

No to jak pojedliśmy, to warto czymś popić. Tak jak w kuchni króluje gryka, tak w pucharach - jabłko. Tak jest, Bretania to królestwo cydru. Nawet mają osobny kultywar jabłek tylko do produkcji jego napoju. Jednak bretoński cydr jest inny od naszego. Tak jak w Polsce cydr jest raczej lekko słodki, tak cydr bretoński jest zdecydowanie wytrawny. Ma to sens - musi pasować do również wytrawnych galette. Zwykle ma około 3-4%. Tradycyjnie pije się go z takich ceramicznych naczyń, zwanych bolée (dosłownie - "miska"). Swoją drogą moja druga połówka permanentnie śmieje się z tej nazwy :P Przypominają nieco przerośniętą filiżankę z zagłębieniem na dnie - pozostałość po czasach, kiedy cydr był głównie domowy i nie zawsze idealnie sklarowany. Zimą, zdarza się również pić cydr na ciepło.

Innym trunkiem jest swoisty miód pitny - chouchen. Podobny do naszego trójniaka i ma około 14%. Jak możecie się spodziewać, powstaje głównie z miodu gryczanego, a fermentacja zachodzi poprzez dodanie świeżo wyciśniętego soku jabłkowego.

No i na koniec największy kaliber - lambig (nie mylić z belgijskim piwem - lambic). Jest to w zasadzie jabłkowa brandy i odpowiednik normandzkiego calvadosu (pamiętacie jak wspominałem o rywalizacji?). Robi się z niego nawet ten sam drink - Pommeau, czyli mieszankę jabłkowej brandy i soku jabłkowego. Z lambigiem mamy Pommeu de Bretagne, a z calvadosem - Pommeu de Normandie.

No to został nam deser. W Bretanii występuje kilka ciast, zazwyczaj są one dość proste - na cieście chlebowym lub takim jak do croissantów, z dodatkiem masła i cukru. Najbardziej charakterystycznym wypiekiem w tym stylu jest kouign-amann (dosłownie "maślane ciasto"). Oczywiście równie często występują wypieki z jabłkami lub innymi owocami, jednak prawie zawsze bretońskie ciasta są w swojej naturze dość proste.

5. Fest-noz

Najlepsze na koniec. Na fali celtyckiego renesansu, powstała w Bretanii potężna, nowa tradycja. Fest-noz, bo o niej mowa (dosłownie "nocny festyn"), jest w sumie czymś, co mógłbym najprościej określić jako synteza tradycji i współczesnych imprez. Podmieńcie techno na neo-folk, klubowe tańce na an-dro czy inne bretońskie, wódę/koktajle na cydr, chouchen i lambig i w sumie macie obraz.

Wiem, zaraz znawcy mi pojadą, że Fest-noz to już od średniowiecza istniał. Nie wątpliwie, tradycja sama w sobie jest stara, ale ja mówię o tym, jak wygląda to dziś. Wiecie, festyn folklorystyczny z okazji lokalnego "święta chleba" czy coś podobnego to jedno, ale nadać temu jak najbardziej współczesną formę i robić w sumie bez okazji - ot po prostu impreza - to co innego.

No i właśnie - Fest-noz to nie jest sąsiedzki, rodzinny festyn. To regularna balanga tylko w nieco innym otoczeniu. I ciekawostka - uczestnicy Fest-noz czasem porównują doświadczenie z tym co podczas rave. I to mi się podoba, tak powinno wyglądać pielęgnowanie kultury - treść zostaje, ale opakowanie należy aktualizować, bo inaczej robi się skansen.


Jak wspomniałem, to tylko zajawka. Polecam poczytać o wszystkim dalej, bo tematy są obszerne (zwłaszcza Fest-noz). Ja sam interesuje się Bretanią od względnie niedawna i dopiero uczę się tamtejszej kultury, więc przepraszam za ewentualne przeinaczenia. Jutro pierwszy post z serii "Bretońskie Inspiracje"!

Kenavo

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Dżem - "Sobie Potrzebni" recenzja na ciepło

Miało iść dzisiaj co innego, ale musiałem wrzucić tę recenzję. Pierwszy od 17 lat album Dżemu. Chłopaki kazali na siebie czekać dłużej, niż Tool. Ja w międzyczasie zdążyłem skończyć szkołę i studia, dostać pracę i teraz przymierzam się do drugiej przeprowadzki. W samym Dżemie zmienił się oczywiście wokalista - od 2024 mamy na pokładzie Bastka Riedla, wreszcie "na pełen etat". Album został wydany w zeszły piątek - to jest 27 lutego, jednak na oficjalnym kanale YT zespołu Dżem, był dostępny dobę wcześniej. A więc, odpalamy.... "Mimo wszystko" - wita nas klimatyczne pianino i za moment dołącza Bastek. Przypomina to nieco "Sen o Victorii", zwłaszcza, że Janek Borzucki brzmi dosłownie jak Paweł Berger. W połowie utworu mamy delikatne sola na gitarze (najpierw Adam, potem Jurek), ale całość trzyma się stylu fortepianowej ballady. Bardzo spokojny początek i nietypowe jak na Dżem intro albumu (zazwyczaj wolą walnąć z solidnym rytmem), które jednak robi robotę. ...

Czas i miejsce akcji filmów Studia Ghibli

Dedykuję ten post swojej dziewczynie. Pomysł chodził mi po głowie długo, ale w końcu się zebrałem i zrobiłem. Przedstawię Wam czas i miejsce akcji wszystkich filmów kinowych ze Studia Ghibli (plus honorowo Nausicaa, no bo come on), najpierw w notce wypisującej filmy według premiery, a potem czeka Was chronologiczna oś czasu, oraz kilka map. Miłego czytania i oglądania. "Nausicaa z Doliny Wiatru" - nieokreślona, daleka przyszłość (potencjalnie ok. 2945, "tysiąc lat po Siedmiu Dniach Ognia"); krajobrazy jak z "Diuny", więc najbliższa estetycznie jest Północna Afryka (Bliski Wschód eliminuje obecność fenków). "Laputa: podniebny zamek" - początek XXw; wybrzeże Morza Celtyckiego (Walia/Irlandia/północna Anglia) "Mój sąsiad Totoro" - lata 1950; prowincja względnie niedaleko dużego miasta "Grobowiec świetlików" - 1945; Tokio "Podniebna poczta Kiki" - lata 1950; Szwecja (Sztokholm/Visby) "Powrót do Marzeń...

Netheril i dedeki w Shadowrun

 Co, już zawał? No mam nadzieję. Tak, dziś wpis pod tytułem "Jasper oszalał". No i bardzo dobrze, bo erpeczki od tego są, żeby działać kreatywnie. Dziś opowiem Wam, jak wsadziłem Netheril (i kilka innych motywów dedekowych) do Szóstego Świata z serii Shadowrun. O samej miłości do tego systemu opowiem kiedy indziej, ale tutaj macie zajawkę. Latające enklawy w Szóstym Świecie? No więc tak - jak to zrobić, bez taniego motywu "korporacyjna stacja orbitalna"? No proste. Ja bardzo mocno ogrywam Shadowrun w sposób "mity i legendy okazują się być prawdziwe". I w tychże opowieściach mamy całkiem sporo latających miast - od Laputy (pozdrawiam czytelników znających język hiszpański XD) z Guliwera zaczynając, poprzez jedną z interpretacji Asgardu, na Vimanach z mitologii Hinduskiej kończąc. W związku z tym większość "Netherilu" jest w Indiach, no ale w Faerunie również Netheril był mniej lub bardziej w jednym miejscu. Czy one istnieją fizycznie? I tak i nie....