Wspomnienia po 2 miesiącach, ale i tak chciałem napisać.
Pewnie niewielu z Was wiedziało o koncercie Dream Theater w Sopocie. Marketing wydarzenia leżał i kwiczał, ale zostawmy to. Marzyło mi się zobaczyć chłopaków z NY od nie wiem jak dawna, a jak wrócił Portnoy no to tylko wyczekiwałem koncertu w mojej okolicy. No i wreszcie się doczekałem.
Zabawna historia była już z biletami. Plakat zobaczyłem w Grudniu, jak wracałem ze świątecznych zakupów. Akurat byłem pod domem, więc rura na chatę, odpalam komputer i patrzę czy w ogóle jeszcze będą bilety. Na szczęście były. Szybki telefon do taty, czy idzie ze mną (również wielki fan DT + koncert w Dzień Ojca) i po chwili miałem już 2 wejściówki.
Średnia wieku na widowni oczywiście w okolicach 40, ale już przywykłem do bycia najmłodszym na sali (nie licząc dzieciaków, które młodzi rodzice musieli zabrać ze sobą). Niemniej urzekło mnie, że każdy, co do jednej osoby, miał na sobie jakiś merch Dream Theater. Piękny widok. Sam zakupiłem okazyjny t-shirt nie tylko z trasy, ale konkretnie z wypisaną datą i miejscem tego koncertu. Najlepsza pamiątka.
Przyszliśmy na tyle wcześnie, że widzieliśmy jeszcze ostatnie przygotowania - strojenie basów i gitar, próby klawiszy i mikrofonów. Bardzo fajnie było zobaczyć profesjonalną produkcję. Chciałem porobić zdjęcia bębnom (potwór Portnoya na scenie Opery Leśnej wyglądał jak typowa perkusja na klubowej scenie XD), ale aż do intra były przykryte. Niemniej moment jak Jose (techniczny Mike'a) przyszedł i ściągnął płachtę, no to było niemalże jak podniesienie kurtyny i udało mi się co nieco trzasnąć.
Zaczęli z resztą grubo - z "Night Terror", a że Mike jeszcze wszystkim pokazał "łapy w górę" i w ogóle pierwszą część utworu grał na stojąco, no to towarzystwo się nieźle rozgrzało. I bardzo dobrze, Dream Theater to może i progresywny zespół, ale machać banią można zawsze, nawet na 7/8. Aczkolwiek potem trochę siadło, jak przeszli do "Fatal Tragedy". Swoją drogą już nigdy nie przestanę tam słyszeć "Without love, without truth/You can eat my ass and balls". Dzięki Mike :P Niemniej choć reszta publiki trochę ochłonęła przy późniejszych kawałkach, no i sam koncert był w Operze Leśnej, także miejsca siedzące, to mi w ogóle nie przeszkadzało. Machałem banią jakbym wisiał na barierkach i nawet wyrabiałem nieparzyste metrum (plusy bycia perkmanem).
Nie chcę mówić, że "chłopaki byli w formie", bo muzycy tej klasy to zawsze są w formie, ale ewidentnie chciało im się grać. No ja wiem, że DT to genialny zespół, ale energia i muzyczne cuda, jakie wylały się tego wieczoru ze sceny przebiły moje najśmielsze oczekiwania. Oczywiście cały efekt słuchania na żywo itp. ale nadal - działy się wspaniałe rzeczy.
Wiedziałem, że w set liście mają "Panic Attack", i jak zobaczyłem 7 subwooferów przed sceną to trochę się przeraziłem, no i oczywiście słusznie. Legendarne solo Myunga na 6-strunowcu, otwierające ten utwór, solidnie wymasowało mi żołądek. Dobrze, że jeszcze nie osiągnęli brązowej nuty, aczkolwiek było blisko :P Jestem z siebie dumny, bo mimo wielu odlotów to nadal wiedziałem co się muzycznie dzieje... dopóki nie zagrali "Dark Eternal Night". Jak tam weszli w instrumental i polecieli, to ja się oficjalnie zgubiłem. I dobrze - jest to dla mnie pewien wyznacznik jakości w progresywach.
Ale nawet mniej epickie kawałki też zaskoczyły. "Enemy Inside", a nawet "Rite of Passage", którego do tej pory nie trawiłem, bardzo fajnie siadły na żywo. No i "Under Peruvian Skies", gdzie chłopaki poszli w stary już żart. Jeśli nie znacie tego kawałka, to koniecznie posłuchajcie i wróćcie, bo inaczej ciężko będzie zrozumieć następną myśl. Żadna tajemnica, że przy albumie "Falling into infinity", producenci dyszeli zespołowi na kark. Z niesławnej frazy "progresywne momenty mają brzmieć jak Pink Floyd, a metalowe jak Metallica" powstał właśnie ten kawałek, ale teraz chłopaki poszli o krok dalej. Autentycznie przeszli do "Wish You Were Here", co zabrzmiało bardzo ciekawie, zwłaszcza kiedy partię gitary prowadzącej zaczął grać Jordan na klawiszach. No i na sam koniec, zamknęli utwór riffem z "Wherever I May Roam" (oczywiście publika oszalała).
Ale najlepszy żart odwalili na bis. "As I Am" i "Pull Me Under" - standardowe bisy Dream Theater, ale siadły cudownie. Na "As I Am" towarzystwo znów ożyło i nawet widziałem drobny mosh w pierwszych rzędach. No i "Pull Me Under", o bogowie muzyki - to było chyba najlepsze "Pull Me Under" jakie kiedykolwiek zagrali. No widać było, że tłuką ten numer ponad 30 lat, mogą wejść na scenę kompletnie zalani i nadal zagrać go idealnie. No więc żeby im się nie nudziło totalnie olali wersję studyjną i zaczęli się bawić i kombinować. Jakby mi ktoś wcześniej powiedział, że zwrotkę tego numeru można odpalić w 5/4 to bym nie uwierzył, a jednak! Druga zwrotka była nieparzysta i w ogóle bawili się aranżem. Nie wiem czy było to wszystko wyćwiczone, ale wyglądało raczej tak, jakby jammowali, bo chłopaki regularnie na siebie spoglądali i reagowali na bieżąco na to, co się dzieje. Cudowne zakończenie koncertu.
Jedyny minus jest taki, że koncert trwał krótko jak na Dream Theater. No wiem, dwie godziny metalowego naparzania to długo, ale przypominam, że na jesieni grali trasę z setem ponad trzygodzinnym. I nie jest to nawet najdłuższy czas koncertu w historii zespołu (pamiętna trasa Metropolis). Niemniej - koncert ogień i mam nadzieję jeszcze kiedyś ich złapać.

Komentarze
Prześlij komentarz