Przejdź do głównej zawartości

Spełnione sny - Dream Theater, Sopot 23.06.2025

 Wspomnienia po 2 miesiącach, ale i tak chciałem napisać.

Pewnie niewielu z Was wiedziało o koncercie Dream Theater w Sopocie. Marketing wydarzenia leżał i kwiczał, ale zostawmy to. Marzyło mi się zobaczyć chłopaków z NY od nie wiem jak dawna, a jak wrócił Portnoy no to tylko wyczekiwałem koncertu w mojej okolicy. No i wreszcie się doczekałem.

Zabawna historia była już z biletami. Plakat zobaczyłem w Grudniu, jak wracałem ze świątecznych zakupów. Akurat byłem pod domem, więc rura na chatę, odpalam komputer i patrzę czy w ogóle jeszcze będą bilety. Na szczęście były. Szybki telefon do taty, czy idzie ze mną (również wielki fan DT + koncert w Dzień Ojca) i po chwili miałem już 2 wejściówki.

Średnia wieku na widowni oczywiście w okolicach 40, ale już przywykłem do bycia najmłodszym na sali (nie licząc dzieciaków, które młodzi rodzice musieli zabrać ze sobą). Niemniej urzekło mnie, że każdy, co do jednej osoby, miał na sobie jakiś merch Dream Theater. Piękny widok. Sam zakupiłem okazyjny t-shirt nie tylko z trasy, ale konkretnie z wypisaną datą i miejscem tego koncertu. Najlepsza pamiątka.

Przyszliśmy na tyle wcześnie, że widzieliśmy jeszcze ostatnie przygotowania - strojenie basów i gitar, próby klawiszy i mikrofonów. Bardzo fajnie było zobaczyć profesjonalną produkcję. Chciałem porobić zdjęcia bębnom (potwór Portnoya na scenie Opery Leśnej wyglądał jak typowa perkusja na klubowej scenie XD), ale aż do intra były przykryte. Niemniej moment jak Jose (techniczny Mike'a) przyszedł i ściągnął płachtę, no to było niemalże jak podniesienie kurtyny i udało mi się co nieco trzasnąć.


Zaczęli z resztą grubo - z "Night Terror", a że Mike jeszcze wszystkim pokazał "łapy w górę" i w ogóle pierwszą część utworu grał na stojąco, no to towarzystwo się nieźle rozgrzało. I bardzo dobrze, Dream Theater to może i progresywny zespół, ale machać banią można zawsze, nawet na 7/8. Aczkolwiek potem trochę siadło, jak przeszli do "Fatal Tragedy". Swoją drogą już nigdy nie przestanę tam słyszeć "Without love, without truth/You can eat my ass and balls". Dzięki Mike :P Niemniej choć reszta publiki trochę ochłonęła przy późniejszych kawałkach, no i sam koncert był w Operze Leśnej, także miejsca siedzące, to mi w ogóle nie przeszkadzało. Machałem banią jakbym wisiał na barierkach i nawet wyrabiałem nieparzyste metrum (plusy bycia perkmanem).

Nie chcę mówić, że "chłopaki byli w formie", bo muzycy tej klasy to zawsze są w formie, ale ewidentnie chciało im się grać. No ja wiem, że DT to genialny zespół, ale energia i muzyczne cuda, jakie wylały się tego wieczoru ze sceny przebiły moje najśmielsze oczekiwania. Oczywiście cały efekt słuchania na żywo itp. ale nadal - działy się wspaniałe rzeczy.

Wiedziałem, że w set liście mają "Panic Attack", i jak zobaczyłem 7 subwooferów przed sceną to trochę się przeraziłem, no i oczywiście słusznie. Legendarne solo Myunga na 6-strunowcu, otwierające ten utwór, solidnie wymasowało mi żołądek. Dobrze, że jeszcze nie osiągnęli brązowej nuty, aczkolwiek było blisko :P Jestem z siebie dumny, bo mimo wielu odlotów to nadal wiedziałem co się muzycznie dzieje... dopóki nie zagrali "Dark Eternal Night". Jak tam weszli w instrumental i polecieli, to ja się oficjalnie zgubiłem. I dobrze - jest to dla mnie pewien wyznacznik jakości w progresywach.

Ale nawet mniej epickie kawałki też zaskoczyły. "Enemy Inside", a nawet "Rite of Passage", którego do tej pory nie trawiłem, bardzo fajnie siadły na żywo. No i "Under Peruvian Skies", gdzie chłopaki poszli w stary już żart. Jeśli nie znacie tego kawałka, to koniecznie posłuchajcie i wróćcie, bo inaczej ciężko będzie zrozumieć następną myśl. Żadna tajemnica, że przy albumie "Falling into infinity", producenci dyszeli zespołowi na kark. Z niesławnej frazy "progresywne momenty mają brzmieć jak Pink Floyd, a metalowe jak Metallica" powstał właśnie ten kawałek, ale teraz chłopaki poszli o krok dalej. Autentycznie przeszli do "Wish You Were Here", co zabrzmiało bardzo ciekawie, zwłaszcza kiedy partię gitary prowadzącej zaczął grać Jordan na klawiszach. No i na sam koniec, zamknęli utwór riffem z "Wherever I May Roam" (oczywiście publika oszalała).

Ale najlepszy żart odwalili na bis. "As I Am" i "Pull Me Under" - standardowe bisy Dream Theater, ale siadły cudownie. Na "As I Am" towarzystwo znów ożyło i nawet widziałem drobny mosh w pierwszych rzędach. No i "Pull Me Under", o bogowie muzyki - to było chyba najlepsze "Pull Me Under" jakie kiedykolwiek zagrali. No widać było, że tłuką ten numer ponad 30 lat, mogą wejść na scenę kompletnie zalani i nadal zagrać go idealnie. No więc żeby im się nie nudziło totalnie olali wersję studyjną i zaczęli się bawić i kombinować. Jakby mi ktoś wcześniej powiedział, że zwrotkę tego numeru można odpalić w 5/4 to bym nie uwierzył, a jednak! Druga zwrotka była nieparzysta i w ogóle bawili się aranżem. Nie wiem czy było to wszystko wyćwiczone, ale wyglądało raczej tak, jakby jammowali, bo chłopaki regularnie na siebie spoglądali i reagowali na bieżąco na to, co się dzieje. Cudowne zakończenie koncertu.

Jedyny minus jest taki, że koncert trwał krótko jak na Dream Theater. No wiem, dwie godziny metalowego naparzania to długo, ale przypominam, że na jesieni grali trasę z setem ponad trzygodzinnym. I nie jest to nawet najdłuższy czas koncertu w historii zespołu (pamiętna trasa Metropolis). Niemniej - koncert ogień i mam nadzieję jeszcze kiedyś ich złapać.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Dżem - "Sobie Potrzebni" recenzja na ciepło

Miało iść dzisiaj co innego, ale musiałem wrzucić tę recenzję. Pierwszy od 17 lat album Dżemu. Chłopaki kazali na siebie czekać dłużej, niż Tool. Ja w międzyczasie zdążyłem skończyć szkołę i studia, dostać pracę i teraz przymierzam się do drugiej przeprowadzki. W samym Dżemie zmienił się oczywiście wokalista - od 2024 mamy na pokładzie Bastka Riedla, wreszcie "na pełen etat". Album został wydany w zeszły piątek - to jest 27 lutego, jednak na oficjalnym kanale YT zespołu Dżem, był dostępny dobę wcześniej. A więc, odpalamy.... "Mimo wszystko" - wita nas klimatyczne pianino i za moment dołącza Bastek. Przypomina to nieco "Sen o Victorii", zwłaszcza, że Janek Borzucki brzmi dosłownie jak Paweł Berger. W połowie utworu mamy delikatne sola na gitarze (najpierw Adam, potem Jurek), ale całość trzyma się stylu fortepianowej ballady. Bardzo spokojny początek i nietypowe jak na Dżem intro albumu (zazwyczaj wolą walnąć z solidnym rytmem), które jednak robi robotę. ...

Czas i miejsce akcji filmów Studia Ghibli

Dedykuję ten post swojej dziewczynie. Pomysł chodził mi po głowie długo, ale w końcu się zebrałem i zrobiłem. Przedstawię Wam czas i miejsce akcji wszystkich filmów kinowych ze Studia Ghibli (plus honorowo Nausicaa, no bo come on), najpierw w notce wypisującej filmy według premiery, a potem czeka Was chronologiczna oś czasu, oraz kilka map. Miłego czytania i oglądania. "Nausicaa z Doliny Wiatru" - nieokreślona, daleka przyszłość (potencjalnie ok. 2945, "tysiąc lat po Siedmiu Dniach Ognia"); krajobrazy jak z "Diuny", więc najbliższa estetycznie jest Północna Afryka (Bliski Wschód eliminuje obecność fenków). "Laputa: podniebny zamek" - początek XXw; wybrzeże Morza Celtyckiego (Walia/Irlandia/północna Anglia) "Mój sąsiad Totoro" - lata 1950; prowincja względnie niedaleko dużego miasta "Grobowiec świetlików" - 1945; Tokio "Podniebna poczta Kiki" - lata 1950; Szwecja (Sztokholm/Visby) "Powrót do Marzeń...

Netheril i dedeki w Shadowrun

 Co, już zawał? No mam nadzieję. Tak, dziś wpis pod tytułem "Jasper oszalał". No i bardzo dobrze, bo erpeczki od tego są, żeby działać kreatywnie. Dziś opowiem Wam, jak wsadziłem Netheril (i kilka innych motywów dedekowych) do Szóstego Świata z serii Shadowrun. O samej miłości do tego systemu opowiem kiedy indziej, ale tutaj macie zajawkę. Latające enklawy w Szóstym Świecie? No więc tak - jak to zrobić, bez taniego motywu "korporacyjna stacja orbitalna"? No proste. Ja bardzo mocno ogrywam Shadowrun w sposób "mity i legendy okazują się być prawdziwe". I w tychże opowieściach mamy całkiem sporo latających miast - od Laputy (pozdrawiam czytelników znających język hiszpański XD) z Guliwera zaczynając, poprzez jedną z interpretacji Asgardu, na Vimanach z mitologii Hinduskiej kończąc. W związku z tym większość "Netherilu" jest w Indiach, no ale w Faerunie również Netheril był mniej lub bardziej w jednym miejscu. Czy one istnieją fizycznie? I tak i nie....