Zespół Gojira
zawsze gdzieśtam był na granicy moich muzycznych horyzontów.
Wiedziałem, że
istnieją, że grają ciężki metal... i w sumie to tyle. Ale ostatnio trafiłem na
filmik ze spontanicznym hołdem, jaki zespół złożył Ozzy'emu i wreszcie
usłyszałem coś więcej, niż tylko fragment "Flying Whales". Znaczy, to
nadal było "Flying Whales", ale przynajmniej teraz poznałem to
intro... i zakochałem się od pierwszego taktu.
Harmonia trochę
przypomina mi riff otwierający "Metropolis pt.1" Dream Theater, ale
po pierwsze "wszyscy jesteśmy złodziejami", jak to mawiał wspomniany
już Ozzy, a po drugie - jak mawiał z kolei inż. Mamoń - "mnie się podobają
melodie, które już raz słyszałem". Ok, może mi konkretnie nie aż tak, ale
to podobieństwo intra "Flying Whales" do intra "Metropolis"
(które swoją drogą uwielbiam), tylko Gojirę wspomogło w moich uszach i
zapętlałem numer przez 3 dni.
A potem znalazłem
"The Art of Dying". O BOGOWIE BĘBNIENIA, JAK ON TEN WERBEL USTAWIŁ!
Mario, perkusista Gojiry, oficjalnie stał się dla mnie potworem za garami, w
najlepszym tego słowa znaczeniu. Jeśli od pierwszego taktu mam problem z
nadążaniem za zespołem, to już wiem, że jest grubo. Swoją drogą jak zobaczyłem
zestaw Duplantiera, to się tęgo zdziwiłem. Jednak brzmienie to jest kurczę w
łapach. On ma bębny praktycznie takie same jak moje (tyle że ja mam 2 floor tomy,
on ma jeden, ale ja za to nie mam drugiej chine'y po lewej. Pomijam dwie
centrale - mam jedną ale z podwójnym pedałem, efekt ten sam), a po brzmieniu
spodziewałem się gratów w rozmiarze Inferna z Behemotha. Szanuję.
Nadal jestem w
fazie odkrywania, ale przesłuchałem już prawie wszystkie albumy. Aktualnie z kolei zapętlam "Amazonię" - swoją drogą
riffu na drumli jeszcze nie słyszałem - kolejny świetny bajer.
No ale dobra, tematu nie unikniemy - "Mea Culpa (Ah! Ça
ira!)". Występ w zeszłym roku na otwarciu Olimpiady totalnie przeleciał obok
mnie, bo ani Olimpiadą się nie interesowałem, ani (jeszcze) Gojirą. Oczywiście słyszałem, że Gojira zagrała na otwarciu i nawet się zdziwiłem, że francuzi mieli jaja pokazać metalowy zespół przed całym światem. Nawet angole nie puścili Maidenów na swoim otwarciu. No ale
teraz nadrobiłem i kolejny moment typu "CO TU SIĘ STANĘŁO". Gojira z
orkiestrą to coś, czego chciałbym zdecydowanie więcej.
Jako nastoletni
gówniarz zasłuchiwałem się w metalu symfonicznym, ale bynajmniej nie śliniłem
się do wokalistek, a przynajmniej nie było to moim głównym założeniem. Raczej szukałem czegoś więcej, a jednocześnie mój gust nie
był chyba jeszcze gotowy na przyjęcie metalu/rocka progresywnego w pełnej
krasie (choć Rush pojawił się u mnie bardzo szybko). Niemniej pozostał mi
sentyment do mieszania ciężkich gitar z orkiestracjami i Gojira w tym utworze
zrobiła to po mistrzowsku. Niektórzy zarzucają metalowi symfonicznemu nudne
riffy - i często mają rację - ale akurat nie w tym przypadku. No i właśnie -
ten absolutnie miażdżący riff. Wionie Meshuggą na kilometr, ale sprawdza się w
całości idealnie. Wokal Joe w środkowej części, nieco inny od zwykłego
wydzierania się, brzmi jak jakiś antyczny zew po lasach czy tam innych górach.
No i jako wisienkę na torcie mamy tapping, niemal shred. A podobno "po co komu
shred, kiedy chce grać djent" 😛
No to Gojira pokazała po co. Połączyli tutaj wszystko to, co uwielbiam i czego
chcę od muzyki metalowej - ciężar, skomplikowanie, a jednocześnie ma to swoją
głębie i piękno (dzięki orkiestrze), oraz melodię.
Czy Gojira jest krokiem do tyłu? Cóż, ciężko ich tak określić, debiutowali w 2001. Wydaje mi się, że raczej są właśnie tym ostatnim ogniwem przed pojawieniem się djentu. Czy w takim razie są wtórni, albo zatkanymi w przeszłości dziadersami? Też mi się nie wydaje. Raczej myślę, że djent jest trochę jak zweihandery - dalej się nie da. No nie przebijesz Meshuggi pod kątem skomplikowania i ciężaru. Trzeba kombinować inaczej. Niejako stworzyć rapier, idąc dalej moją mieczową analogią. I Gojira to ten kierunek, który uwielbiam - jest ciężko, jest headbanging, ale jednocześnie harmonia i w ogóle cała struktura jest na tyle złożona, że można na chwilę przystanąć w pogo i zasłuchać się o co tam chodzi. To jeden z powodów, dla których lubię też Machine Head, a moim ulubionym albumem Acid Drinkers jest "Verses of Steel" - łączymy ciężar i złożoność. Można skakać i machać banią, a można też posłuchać i w tej nawałnicy gitar, bębnów i wrzasku, doszukać się czegoś więcej niż tylko sieki.
No także takie
przemyślenia Gojirowego neofity. Im więcej ich poznaję, tym bardziej ich
uwielbiam. Jedyny minus - nie mają piosenek po francusku, a przynajmniej ja
nie znalazłem. Pomogłoby mi to w nauce, bo języki obce najlepiej mi wchodzą przez
muzykę (tylko dzięki Rammsteinowi wyciągnąłem w szkole 3 z niemieckiego). Także
jeśli znacie podobne zespoły, ale śpiewające en français, dajcie znać.
Siema!
Komentarze
Prześlij komentarz