Przejdź do głównej zawartości

Powrót po latach do wrestlingu

Kolejny post z dedykacją dla mojej drugiej połówki

Nie planowałem pisać tu o wrestlingu, a przynajmniej nie w najbliższym czasie. Ale że moja ukochana się dopominała tydzień temu o takowy post, no to niniejszym dowożę.

Na wstępie - jak to się u mnie zaczęło. Oglądałem wrestling (oczywiście federację WWE) głównie w latach 2010-2011. Pierwsze co zobaczyłem, to program "WWE Superstars", który leciał wtedy u nas w telewizji. Pamiętam, że w środy. Pierwszą "walką", na jaką trafiłem byli Chris Jericho i Yoshi Tatsu. Stąd do dziś mam sentyment do obu zawodników i chwytu Boston Crab, którym wtedy się to zakończyło.

Później odkryłem polską stronę WWE i zaczęło się oglądanie "RAW" i "SmackDown!" po angielsku, z polskimi napisami. Dużo to pomogło mi z angielskim, także coś jeszcze z tego wrestlingu wyniosłem. Nie pamiętam jakoś dużo akcji, ale co kojarzę, to feud Johna Ceny najpierw z Nexusem (najbardziej wkurzające... chłopaki w tamtym czasie), a później z The Rockiem; powrót Triple H i jego setup do WrestleManii z Undertakerem; formację The Corre (która chyba się nie udała, bo słabi byli); wątek Alberto Del Rio (kolejny wkurzający klaun) i jego zwycięstwo w Money in the Bank oraz ciągłe zdobywanie i tracenie mistrzostw; no i na koniec moje ulubione - całe storyline Edge'a z Vickie Guerrero i jej przydupasami. Jak myślę o swoim poprzednim czasie oglądania WWE, to myślę właśnie głównie o tamtym wątku. Wspaniały, a osobiście uważam Kelly Kelly za jedną z najbardziej niedocenionych zawodniczek tamtej ery.

Oczywiście dość szybko zacząłem nadrabiać poprzednie czasy i odpały z WWF/WWE. Attitude Era i Ruthless Agression mocno przyciągały takiego pryszczatego szczyla jakim byłem w 2011, z D-Generation X na czele.
Ale największym moim ulubieńcem szybko został Edge. Do dziś z resztą go lubię i cały mój obecny powrót wiąże się z tym, że na kanale Drumeo pojawił się filmik, gdzie perkusista Alter Bridge rozkłada "Metallingus" - piosenkę wejściową Edgea. Z tego samego filmu dowiedziałem się, że "Cope", jak go teraz nazywają, wrócił do wrestlingu po latach.

I co? Jak odczucia po 14 latach przerwy? Szczerze bardzo pozytywne, ale też nieco niespotykane. Widzę jak dużo się zmieniło, i choć nie każda ze zmian mi pasuje, to ogólnie rozkład oceniam pozytywnie. Przede wszystkim podoba mi się, jak ogarnęli tytuły tag teamów i dywizję kobiet. "Za moich czasów" mistrzostwo drużynowe było jedno i przechodziło między rosterami, w zależności od draftu. Teraz na szczęście wprowadzili osobne dla SmackDown i RAW. To samo z tytułami kobiecymi - w 2011 był tylko "Divas Championship" i to wszystko. Teraz są odbiciem tytułów z "działu męskiego" i nawet design mają taki sam z tego co widzę. Różnica w kolorze pasa - panowie mają czarne, panie mają białe.

W ogóle porzucenie brandu "Divas" wyszło im na dobre. W 2011 były 3 zawodniczki, które się jakkolwiek nadawały - Natalya, Beth Phoenix i wspomniana Kelly Kelly, ale też dopiero przy współpracy z Edgem nabrała charakteru. Reszta to były bardziej modelki, ciągnące się za włosy i walące o ring jak wściekłe uczennice w szkolnym kiblu. Natalya i Beth trochę to ratowały, ale z pustego i Salomon nie naleje - o ile nie walczyły ze sobą to te walki były nudne. I ja wiem, że wielu osobom pewnie wystarczy, że taka Melina Perez pokaże tyłek wchodząc do ringu, ale ja jednak chciałem wrestlingu.
Obecnie widzę, że zawodniczki nie odbiegają poziomem od facetów, ba! Nawet chętniej oglądam dywizję kobiet od dywizji męskiej! Z resztą z całego obecnego rosteru WWE, Lyra Valkyria i Rhea Ripley mają moje 1 i 2 drugie miejsce jeśli idzie o ulubieńców. Nie liczę tu oczywiście weteranów typu Rey Mysterio czy CM Punk, którzy nadal są aktywni.

I tu właśnie jeden element negatywny - obecne storyline'y dywizji panów średnio mi się podobają. Jakoś nie mogę się wkręcić. No wątek Becky Lynch i Setha Rollinsa vs CM Punk i AJ Lee był spoko, ale nadal pierwsze skrzypce grały tam panie. W zasadzie poza Judgement Day jakoś nic mnie nie zaciekawiło, a nawet w tej grupie to nie wszyscy, a melodramaty Dominika Mysterio. Na szczęście nadrabiają panie i nadal jest co oglądać i śledzić.

Wspomniałem o Kelly Kelly i chciałem teraz temat rozwinąć. Dla wielu pewnie było to zdziwienie, że wsadzam ją między takie legendy jak Natalya i Beth, plus punkty za hipokryzję przy calloucie Meliny, a jednocześnie przemilczałem temat Kelly w ECW (kto wie, ten wie). Owszem, nie neguję, ale dlatego uważam ją za najbardziej niedocenioną. Miała wszystko, co Diva w 2011 mieć powinna. Urodę blond lalki Barbie, jaką WWE wtedy ewidentnie promowało, oraz "niegrzeczną" przeszłość. Jednocześnie sama miała image przyjaznej i miłej dziewczyny, za co ludzie ją uwielbiali. Technikę uważam, że też miała, tylko nieco suchą. Na szczęście współpraca z Edgem przy jego wątku z Vickie nadała jej trochę charakteru i uzupełniła braki. W tamtym momencie spokojnie była jedną z najlepszych zawodniczek według mnie.

A co z innymi idolami? No oczywiście uwielbiałem wspomnianego już Edge'a. Nawet umiałem zrobić jego Spear, co mi się przydało przy jednej solówie (ale to temat na inną historię). A poza tym no to Rey Mysterio, jako że byliśmy podobnych gabarytów (wtedy); Shawn Michaels i Triple H, no bo z ich odpałów jako D-Generation X to się polewałem ze śmiechu; no i wspomniany Chris Jericho, bo jego zobaczyłem jako pierwszego.

Czy ja coś z tego wyniosłem? Tak. Jak wspomniałem, umiałem wykonać kilka chwytów, a nawet przez jakiś czas chodziłem na zajęcia z zapasów (takich olimpijskich, bo to najbliższe co było do wrestlingu w moim mieście). Finalnie parę razy mi się przydało, niestety. Okres mojego oglądania wrestlingu zbiegł się z moimi latami w gimbazie, a że już wtedy nosiłem się na metala + byłem dużo większy od reszty chłopaków, no to lekko nie miałem i bójki się zdarzały. Wtedy przychodziły z pomocą różne chwyty - o Spearze już wspominałem, ale to była klasyczna solówa honorowa, za to innym razem jak jeden koleś próbował mnie obić w szatni, to oberwał ode mnie klasycznym bodyslamem. Nie mówię, że było to mądre, bo nie było, ale na szczęście nikomu nic się nie stało poza paroma siniakami (chyba bardziej uszkadzaliśmy sobie dumy niż dupy), a co miałem spokój od takich cwaniaczków to moje.
Czy zgarnąłem za to przypał? Zgadnijcie :P W mojej szkole za wysadzenie muszli klozetowej petardą, koleś dostał tylko opieprz od dyrektora.

Kwestia innych federacji - próbowałem wkręcić się w TNA już wtedy, i choć zawodnicy byli ciekawi (do dziś pamiętam luchadora o ksywie Suicide), to jakoś mnie to nie porwało. To samo mam teraz z AEW, gdzie pomimo obecności wielu weteranów, w tym mojego ukochanego Edge'a, to jakoś nie mogę się zebrać, żeby coś obejrzeć. Może pora najwyższa ruszyć 4 litery?

A co u was? Wróciliście ostatnio do czegoś po latach?
Dajcie znać i do następnego!

Komentarze