Przejdź do głównej zawartości

Cyberpunk i bunt w imię piękna.

Uwaga, będę filozofował.

Zacznę od cytatu. Cytatu, który słyszymy w jednym z finałów gry Cyberpunk 2077 – "Ever think back? About why we did it? (…) Why we took on the corps? Strapped in leather, chrome and iron? (…) We fought for beauty. Not knowin’ what was good or true, was only the beautiful that meant a damn thing to us".

I ten cytat idealnie pokazuje cyberpunkowy bunt. Tu nie chodzi o bycie tanim typem z ulicy, a już na pewno nie o bycie terrorystą. Bunt cyberpunkowy to zwrot w imię wartości, a nie tylko bezmyślnej destrukcji. Jakie wartości? Wszystko to, czym nie są korporacje – prawda, dobro, piękno, wspólnota i przede wszystkim – autentyczność. Zaraz omówię to w szczegółach, ale najpierw drobny "hot take".

Ktoś zdążył się już pewnie spiąć, że "jakie ‘nie o bycie terrorystą’, skoro Silverhand wysadził Arasaka Tower?" Owszem, ale osobiście uważam, że nie z nienawiści, a z żalu. Wiedział, że skopał sprawę z Alt. Kierował swój gniew na Arasakę, bo gdzieś musiał, ale wiedział, że to on spaprał robotę i to przez niego Alt zginęła. Sam o tym wspomina w "2077" po oglądaniu jego wspomnień z 2013. Atak na Tower nie był takim manifestem ideologicznym, jak Johnny to prezentował, a desperackim aktem chęci pójścia z dymem i stania się legendą. Osobiście uważam, że Silverhand nie chciał tego przeżyć, nawet gdyby mógł.

No to teraz w punktach, jak konkretnie objawia się cyberpunkowy bunt?

Kicz vs. Neo-militaryzm

Zobaczcie jak wygląda świat korporacji, a jak wygląda świat ulicy. Korporacyjny styl nazywa się "neo-militaryzm" i od razu widać skąd ta nazwa – wszystko jest sztywne i monochromatyczne. Dominują wyraźne linie, kąty (głównie ostre i 45 stopni, inne służą jedynie dopełnieniu sylwetki), kolor czarny, szary lub biały i nieliczne tylko akcenty (jak np. czerwień u Arasaki, pomarańczowy u Kang-Tao). Wszystko zoptymalizowane na masową produkcję od jednej formy, jak najtańszym kosztem. Oczywiście nie chodzi tu o zbicie ceny, tylko jak największy zysk przy marży. Jeszcze nieraz wciskają ludziom kit o "nowym, ergonomicznym designie" i podbijają cenę. Nie ma mowy o jakimkolwiek personalizowaniu.

A teraz popatrzcie na modę uliczną – pełną koloru i ręcznej roboty. To nazywa się "kicz" i od razu widać, czemu stało się wyrazem buntu przeciw korporacjom. Tu nie ma sztywnych linii, wszystko jest chaotyczne, ale jednocześnie dużo bardziej naturalne. Zamiast jednej formy w fabryce produkującej masowo jeden produkt – tu masz człowieka, który jeśli nie robi tego własnymi rękoma, to głęboko modyfikuje. Świetny przykład to auta Valentinos – nie do poznania względem pojazdów korporacyjnych. Każdy praktycznie ma też swój ciuch, czy nawet klamkę, ozdobioną wzorami – też często własnoręcznie wykonywanymi. A jak nie wzorami, to naszywkami, przypinkami czy naklejkami. Tę filozofię pięknie widać, jak przyjrzycie się designom Datatermów czy broni w stylu kicz – to nigdy nie jest pomalowanie fabryczne, a ręcznie zrobione, nawet na krawędziach przebija oryginalna szarość korporacyjnego produktu.

Co wolicie? Masowy produkt bezdusznej maszyny, czy ręczną robotę rzemieślnika, która z daleka krzyczy wręcz o charakterze właściciela?

Szczerość vs. Nowomowa

Język kształtuje rzeczywistość, co do tego nie ma wątpliwości. Johnny i reszta ekipy z Afterlife może nie należą do krasomówców, ale mają swój slang, który wyraża bardzo dużo. Przeklinają przy tym, że aż trawa więdnie, ale to paradoksalnie tylko potęguje efekt szczerości. Wulgaryzmy nadają pewien luz wypowiedzi i pokazują, że rozmówca nie owija w bawełnę. Posłuchajcie jak mówi Johnny, V, Judy czy Panam, a jak wypowiada się np. Hanako, Helman czy Takemura. Nawet struktury zdań są inne, bo ekipa cyberpunków wypowiada się w krótszych frazach.

Mowa korporacyjna zakręca, używa wielu eufemizmów (jeśli graliście zakończenie The Devil, to wiecie, że Hanko nazywa zbrojny szturm "neutralizacją" i nawet V to zauważa). Często mówią bardzo długie zdania pełne metafor i lania wody.

No i jeszcze jedna rzecz – korpy mają bardzo lekkie palce na spustach. Śmierć nie ma dla nich totalnie znaczenia. A teraz pomyślcie ile zadań od fixerów macie zrobić cichcem. No i sam Morgan Blackhand wielokrotnie powtarzał, że nie jest sztuką kogoś zastrzelić.

Emocje vs. Uzależnienia

Chyba największa różnica, niestety mająca swoje źródło w prawdziwym świecie. Nie wiem, czy też to zauważyliście, ale korpy w Cyberpunku są strasznie zblazowani. Mieszkają w willach, piją szampana, wożą się najdroższymi AVkami, ubierają się w designerskie ciuchy, a i tak wydają się być puści i bez wyrazu. Nie jest tajemnicą, że to samo tyczy się wielu ludzi na prawdę – szukają coraz to nowych podniet i bodźców, bo poprzednie przestają wystarczać. Świetnym przykładem jest "Wilk z Wall Street". Ale w Cyberpunku najgorsze jest to, że te same destruktywne zachowania są sprzedawane masowemu odbiorcy – wiadomo, klient powracający to klient najlepszy. Korporacje niemal wprost handlują używkami, no i oczywiście jest jeszcze braindance. Osobiście miałem wrażenie, że w Night City uzależnienie od braindance’u zbiera gorsze żniwo niż inne dragi.

Nie mówię, że cyberpunkowa ulica jest tu święta, ale warto zobaczyć jedną różnicę – korpy są w swoim zblazowaniu sami. Zwykli ludzie owszem używają, ale zawsze jest to w ramach imprezy czy innej okazji socjalnej. Zwróćcie uwagę, że jak ktoś odjeżdża i zaczyna się staczać w samotności, to jest po pierwsze nieco izolowany, a po drugie – ludzie żałują go tak, jakby już nie żył. No i mam wrażenie, że poza kilkoma psychotycznymi gangami, raczej nie chodzą prochy w takiej ilości jak się wydaje. A na potwierdzenie mojej tezy sami pomyślcie, co wywołuje u was większe emocje? Oglądanie scenek w tym modzie na brajdansy (wiem, że masz, ale spoko – nie powiem ;) ), czy kiedy autentycznie pojawia się scena romansu z Panam czy Judy? No właśnie. Albo kolejny przykład – ile razy po kolejnej zmodowanej scence z Aurore czy Alex mówiłeś sobie "no fajnie… ale to nie to samo". No właśnie. Amen.

Zakłamanie vs. Prawdomówność

To będzie dość proste, bo chyba samo się wyjaśnia, ale może warto powiedzieć głośno. Świat cyberpunkowych korporacji to świat wiecznego kombinowania i wbijania noża w plecy. Widzimy to już w prologach – V ma zlikwidować Abernathy, ta z kolei najpierw likwiduje Jenkinsa i potem wylewa V, przy czym jej karki dodatkowo chcą V zaciukać. Za chwile sama jest sztywna. Jeszcze gorzej jest w intrze punka – gdzie na polecenie jakiegoś korpa mamy być cichcem wrzuceni do rzeki. Nawet Takemura ma nas gdzieś po tym, jak nie jesteśmy już mu potrzebni. Pomyślcie o najgorszych momentach w grze – tych wszystkich zdradach, czy jak Johnny wypomina krzywe akcje nawet Rogue. Jak ktoś w ekipie cyberpunkowej wbije komuś nóż w plecy, to najgorsza zniewaga jaka może być. Sam Jackie to dość dobrze podsumowuje mówiąc o Valentinos – "honor ma dla nich jakieś znaczenie".

Także tak to widzę. Bunt cyberpunkowy nie jest jedynie byciem przeciwko, czy bezmyślną destrukcją. Prezentuje jakąś alternatywę, choć nie w formie wielkiego manifestu, a w postaci codziennych zachowań. Może to też jakiś punkt? "Rób, a nie gadaj"? Dlatego ta alternatywa nie jest tak od razu widoczna – trzeba się przyjrzeć, pomyśleć i przeanalizować. Ale jest.

Do następnego, chooms!

Komentarze